Wywiad z Beatą i Anią Agopsowicz, autorkami książki "Uwięzione serca"
Wspólnie obmyślałyśmy fabułę, choć trzeba przyznać, że to w dużej mierze Ania jest pomysłodawcą powieści - mówi Beata Agopsowicz, która wspólnie z córką napisała książkę ,,Uwięzione serca”.
Magda Kaczyńska: 18 czerwca ukazała się Pani kolejna, trzecia książka pod szyldem Szarej Godziny - ,,Uwięzione serca”. Jej współautorką jest Pani córka, Ania Agopsowicz. Dlaczego zaprosiła ją Pani do współpracy?
Beata Agopsowicz: Wspólna książka to był nasz pomysł. Ania od dawna lubi pisać i naprawdę dobrze jej to wychodzi - ma już na swoim koncie sukcesy w konkursach literackich, więc naturalnie pojawiła się myśl, żeby spróbować razem. Jestem z niej bardzo dumna. Wspólnie obmyślałyśmy fabułę, choć trzeba przyznać, że to w dużej mierze Ania jest pomysłodawcą powieści. Myślę też, że taka praca bardzo buduje naszą relację - daje nam przestrzeń do rozmowy, wymiany myśli i bycia razem w twórczy sposób, którego na co dzień często brakuje.
MK: ,,Uwięzione serca” - jak to sformułowanie możemy rozumieć w kontekście książki?
BA: Tytuł „Uwięzione serca” odnosi się do bohaterów, którzy są zamknięci w swoich emocjach i problemach. Natalia i Adam nie potrafią ze sobą rozmawiać, przez lata oddalili się od siebie, a Julia nie radzi sobie z ich rozstaniem i zostaje z tym sama. Nie chce i nie potrafi o tym rozmawiać. Każde z nich jest w pewnym sensie „uwięzione” - w bólu, żalu i braku porozumienia. Dopiero trudne wydarzenia sprawiają, że zaczynają się na siebie otwierać i znowu być razem naprawdę. Dlatego ten tytuł pokazuje nie tylko ich zagubienie, ale też drogę do odbudowania relacji.
MK: Bohaterowie ,,Uwięzionych serc” Natalia i Adam, zaabsorbowani pracą i codziennymi obowiązkami, niepostrzeżenie odsuwają się od siebie...
BA: Z czasem w ich relacji zaczyna brakować rozmowy, bliskości i zwykłej uważności na drugą osobę. W tym wszystkim gubią też własne marzenia i to, co kiedyś było dla nich ważne - nie tylko jako pary, ale też jako jednostek. To pokazuje, jak łatwo w codziennym biegu zgubić to, co naprawdę się liczy i jak niewiele trzeba, żeby między dwojgiem ludzi pojawił się dystans. Dopiero trudne doświadczenie zmusza ich do zatrzymania się i spojrzenia na siebie na nowo, powoli, bez niedomówień i uciekania w obowiązki. I odnajdują też swoje dawne pragnienia...
MK: Pani Beato, pewnie w swojej pracy zawodowej często spotyka Pani takie pary. Rutyna, pośpiech, stres może niszczyć nawet najlepszy związek?
BA: Mam doświadczenie w kilku obszarach - między innymi jako mediator rodzinny - choć dziś na co dzień pracuję jako nauczycielka i to z dziećmi spędzam najwięcej czasu. Mimo to temat relacji jest mi nadal bardzo bliski. I rzeczywiście - rutyna, pośpiech i stres potrafią po cichu, często niezauważalnie dla samych zainteresowanych, podkopywać nawet dobre związki. To nie dzieje się nagle, raczej małymi krokami: brakuje czasu na rozmowę, odkłada się sprawy „na później”, a to „później” często nie nadchodzi. I nagle orientujemy się, że dzieli nas przepaść. Widzę też po młodych ludziach, jak bardzo przeżywają to, co dzieje się w domu. Dlatego myślę, że warto o relacje dbać na bieżąco - zatrzymać się czasem, porozmawiać, być naprawdę obecnym, zanim zrobi się między ludźmi zbyt duży dystans.
MK: Aniu, czy dzieci widzą więcej, niż wydaje się dorosłym? Nieporozumienia są nie do uniknięcia, co więc z punktu widzenia dziecka jest w takiej sytuacji najważniejsze?
Ania Agopsowicz: Z perspektywy dziecka naprawdę widać więcej, sprzeczki, napięcia, nawet takie drobne „sekrety”, które niby mają zostać między rodzicami. Jako najmłodsza w rodzinie też to zauważam. Myślę jednak, że to w pewnym sensie naturalne, bo w każdej relacji pojawiają się różnice zdań i nieporozumienia.
Z punktu widzenia dziecka najważniejsze jest chyba to, żeby mimo wszystko czuć się bezpiecznie i wiedzieć, że jest się kochanym. Nawet jeśli rodzice się kłócą, ważne jest, żeby rozmawiali też ze sobą spokojnie i dawali dziecku poczucie, że to nie jest jego wina i że dorośli nad tym panują.
MK: Natalia i Adam powoli tracą też bliski kontakt z dorastającą córką, mimo że ją kochają?
AA: Tak, bo sama miłość czasem nie wystarcza, jeśli brakuje czasu i uwagi. Rodzice są zajęci swoimi sprawami i problemami, przez co tracą z Julią codzienny kontakt, rozmowy, zainteresowanie tym, co u niej się dzieje. A dla nastolatka to właśnie ta obecność i bycie wysłuchanym są najważniejsze.
MK: Książkowa Julia coraz bardziej zamyka się w swoim nastoletnim świecie - tak uważa jej ojciec. W jaki sposób udało się Ci wejść w jej buty?
AA: Myślę, że każdy z nas, niezależnie od wieku, przechodzi trudniejsze momenty. Julka trafia właśnie na taki czas, ale dodatkowo spotyka osoby, które zamiast pomóc, ściągają ją w dół. I ona jeszcze bardziej się zamyka i oddala od bliskich. Próbowałam spojrzeć na świat jej oczami i wczuć się w jej zagubienie, emocje oraz potrzebę zrozumienia, których często nie potrafiła wyrazić słowami.
MK: Wreszcie Adam postanawia się wyprowadzić. To wstrząs dla ich córki Julii. Pani Beato, Aniu, co może czuć dziecko w obliczu rozpadającej się rodziny?
AA: Strach i poczucie niestabilności, ale też wrażenie, że nagle traci się grunt pod nogami.
BA: Dla dziecka to przede wszystkim poczucie lęku i zagubienia. Często pojawia się też smutek, złość, a nawet poczucie winy, może mu się wydawać, że jest w jakiś sposób odpowiedzialne za sytuację. Świat, który do tej pory dawał mu poczucie bezpieczeństwa, nagle się rozpada, a dziecko nie zawsze potrafi sobie z tym poradzić ani o tym mówić.
MK: Pani Beato, opowiadając o relacji między rodzicami a dzieckiem, korzystała Pani zapewne ze swoich doświadczeń zawodowych i prywatnych. Czy mogłaby się Pani podzielić z czytelnikami swoimi przemyśleniami?
BA: Pewnie nie powiem nic odkrywczego, jeśli wspomnę o wpływie mediów i telefonów na relacje w rodzinie. To często odciąga uwagę od siebie nawzajem i sprawia, że łatwo „być obok siebie”, a nie „ze sobą”. Nie jestem jednak zwolenniczką walki z tym na siłę czy zabierania telefonów nastolatkom. Dużo skuteczniejsze wydaje mi się działanie w drugą stronę - postawienie na budowanie relacji, czyli proponowanie wspólnego spędzania czasu, robienie rzeczy ciekawych dla obu stron i przede wszystkim rozmowa. Tak zwyczajna, codzienna i regularna. To właśnie rozmowa i obecność drugiej osoby najczęściej najbardziej łączą, nawet jeśli wokół jest dużo “rozpraszaczy”.
MK: Zniknięcie Julii sprawia, że Natalia i Adam jednoczą siły. Miłość do dziecka okazuje się silniejsza niż wzajemne urazy?
BA: Tak, w tej sytuacji wszystko inne schodzi na dalszy plan. Dawne konflikty i żale przestają mieć znaczenie, bo najważniejsze staje się dobro Julii. Miłość do dziecka sprawia, że Natalia i Adam potrafią współpracować mimo trudnych emocji. To wydarzenie zmusza ich też do zatrzymania się i spojrzenia na siebie inaczej. W pewnym sensie „uwalnia” ich z zamknięcia w żalu i milczeniu. Dzięki temu zaczynają znowu ze sobą rozmawiać i przypominają sobie, że kiedyś byli blisko. Nasunął mi się tu cytat Antoine de Saint-Exupéry “Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku”. Natalia i Adam kierują wzrok na córkę i dzięki wtedy mogą na nowo zbudować coś wspólnego.
MK: Wygląda na to, że czasem potrzebne jest jakieś dramatyczne wydarzenie, by niejako ,,uwolnić serce”...
BA: Niestety często tak bywa, że dopiero silny wstrząs zmusza ludzi do zmiany perspektywy. Wcześniej łatwo się mijamy, zamykamy w swoich emocjach i codzienności, a dopiero kryzys sprawia, że zaczynamy naprawdę dostrzegać drugiego człowieka. Wtedy pojawia się szansa, żeby na nowo otworzyć się na siebie i odbudować to, co zostało utracone. I jeszcze trzeba umieć tę szansę wykorzystać...
MK: Aniu, niepokoje, zagubienie, szukanie siebie są częścią dorastania. Jak uważasz, co może ochronić dziecko przed nierozsądnymi wyborami, złym towarzystwem?
AA: Myślę, że każdy powinien uczyć się na własnych błędach. Oczywiście najlepiej byłoby wyciągać wnioski z cudzych doświadczeń, ale w praktyce często dopiero własne pomyłki coś nam naprawdę pokazują.
To, co może chronić, to przede wszystkim bliska relacja z rodzicami albo kimś dorosłym, z kim można szczerze porozmawiać. Jeśli dziecko czuje się wysłuchane i akceptowane, łatwiej mu podejmować lepsze decyzje i nie szukać zrozumienia w niewłaściwym towarzystwie.
MK: W powieści ,,Uwięzione serca” dotykają Panie problemów, które nie są obce wielu rodzinom. Czy książki, takie jak ,,Uwięzione serca”, mogą zmienić czyjeś życie?
BA: Myślę, że tak. Takie książki mogą być dla kogoś ważnym impulsem, takim „światełkiem”, które coś w człowieku poruszy albo skłoni do refleksji. Mogą podpowiedzieć, że pewne rzeczy da się zrobić inaczej, że nie jest się samemu z problemem. Ale sama książka nie zmienia życia. To zawsze zależy od czytelnika - od tego, czy zechce coś w sobie zauważyć i czy podejmie wysiłek, żeby coś zmienić.
MK: Wreszcie... Aniu, czy chce iść Pani w ślady swojej mamy i zająć się pisaniem książek?
AA: Na razie traktuję pisanie jako hobby i coś, co sprawia mi dużą przyjemność. Nie wiem jeszcze, co przyniesie przyszłość, ale chciałabym się dalej w tym rozwijać.K: Dziękuję za rozmowę


